Punktem startowym była Świdnica, z której wyjechaliśmy o 14-tej. Mimo dobrych jak na zimę warunków w samej Świdnicy, już po kilku kilometrach za miastem zastał nas korek i beznadziejna nawierzchnia na drodze do Wrocławia. Droga w całości pokryta była lodem, a ruch odbywał się z prędkością ok. 30 km. Nie był to po prostu lód, ale zamarznięty śnieg tworzący lodowe wyboje i koleiny, które powodowały ciągłe ślizganie się samochodu. Bardzo trudno było utrzymać się na drodze. Później trasa nieco się poprawiła, ale i tak zastanawialiśmy się nad zaniechaniem jazdy i przenocowaniem we Wrocławiu. Po dojechaniu do przemieści Wrocławia postanowiliśmy się zatrzymać i zdecydować, czy kontynuować dalszą jazdę.
Ogrzewając się w restauracji dostaliśmy telefon od koleżanki, która wyjechała wcześniej i właśnie utknęła w szczerym polu gdzieś przed Częstochową. Zmartwiło to nas bardzo, ale wiedząc o dość dobrym odcinku A4 z Wrocławia do Opola, postanowiliśmy jechać dalej, na ile aura nam pozwoli.
A4 na odcinku Wrocław-Opole, była faktycznie w dobrym stanie. Pozwoliło nam to pokonać tę trasę z prędkością od 140-160 km/h i być może dzięki temu cała podróż nie trwała tak długo, jakby trwać mogła. Trzy filmy z tej szybkiej jazdy w ujęciu z mojego Roverka na samochód Wiktora dostępne są pod następującymi linkami:
Film 160 km/h część 1 (ok. 1,3 MB)
Film 160 km/h część 2 (ok. 1,3 MB)
Film 160 km/h część 3 (ok. 1,3 MB)
Pod Opolem nasi znajomi (Wiktor i Marta) odbijali na Warszawę. My jechaliśmy dalej na Śląsk, więc po "komórkowym" pożegnaniu nasze drogi się rozjechały. Teraz Aneta i ja byliśmy już skazani na odsłuchiwanie wiadomości w radio i posuwanie się samotnie dalej. A wiadomości nie były dobre...
Informacje podawane przez RadioZet i inne stacje ostrzegały, iż droga Katowice-Wrocław jest nieprzejezdna i szaleje tam burza śnieżna. Faktycznie, zaraz po pożegnaniu z Wiktorem wpadliśmy w straszliwą zamieć. Widoczność spadła do 5 m i posuwaliśmy się 30 km/h. Po chwili jednak, warunki nieco się poprawiły. Można było jechać 80-90 km/h mimo lodu i padającego śniegu. Wkrótce dotarliśmy do miejsca, gdzie wiele samochodów stało w przynajmniej 3 kilometrowym korku spowodowanym przez TIRa, tarasującego cały pas. Na szczęście wszystko to było na przeciwległym pasie, prowadzącym na Wrocław. My jechaliśmy dalej.
Tuż przed Gliwicami (8 km) zaczął się potężny korek, wpadliśmy w niego i posuwając się od czasu do czasu przejechaliśmy jakieś 3 km. Później wszystko stanęło. Siedzieliśmy tak słuchając informacji radiowych przez ok. godzinę. Gorący nawiew z dmuchawy powodował senność, a ja nie znając okolic zastanawiałem się co mogę zrobić, aby jechać dalej. W końcu zdecydowałem się zaryzykować. Zawróciłem i pojechałem wolnym pasem (dwupasmówka z płyt) w stronę skąd przyjechaliśmy. Pamiętałem, że tam był jakiś zjazd. Postanowiłem skręcić i jechać przez wioski mając nadzieję na skuteczny objazd. Po chwili przeciskaliśmy się wąską mało odśnieżoną drogą, po miejscowości Kleszczony. Raz po raz zarzucało nas z drogi i gdyby nie ABS i jego sprytne działanie podczas skrętu w poślizgu na pewno lądowalibyśmy w zaspie.
Po ok. pół godziny dojechaliśmy do tabliczki Gliwice. :) Miasta zazwyczaj były dobrze odśnieżone, więc to dobrze rokowało. I faktycznie, zgrabnie ominęliśmy cały korek wyjeżdżając na drogę E40 (44, 4) tuż na początku korku na drugim pasie.
Posuwając się dalej za drogowskazami wjechaliśmy do Bytomia. Chciałem jechać na autostradę A4, ale to miasto jest, że tak powiem, tak DEBILNIE oznakowane, że wszystkie drogowskazy prowadzą na E40 (starą drogę Katowice-Kraków) zamiast na A4. Próbowałem szukać A4 na własną rękę, ale nie udało się. Wróciłem zatem na E40 i jechałem dalej. Jednak tak jak się spodziewałem E40 było nieprzejezdne. W opinii jednego z kierowców, zasłyszanej w radio, miał tam miejsce "dramat w trzech aktach" ;-) Zawróciłem póki się jeszcze dało i postanowiłem jechać do Katowic. Na stacji ARAL w Bytomiu uzyskałem potrzebne informacje i mijając za chwilę pięknie oświetlony Spodek wiedziałem już, że jestem na dobrej drodze.
Po krótkiej jeździe przez Katowice dotarłem wreszcie do bramek na A4. Opłaciłem przejazd i pytałem o stan nawierzchni. Okazało się, że jest taki sam jak przed bramkami, czyli sam lód. Wyraziłem swoją opinię na ten temat, kierując ją do bodu ducha winnej bileterki i pojechałem dalej. Faktycznie A4 okazało się beznadziejne, ale przynajmniej nie było korku. Jednakże, biorąc pod uwagę, że jest to jedyna płatna autostrada w Polsce, uważam iż stan tej drogi w dniu wczorajszym to SKANDAL! Na całej długości widziałem jedynie dwa pługi i to na przeciwległym pasie, a sama droga była niezwykle oblodzona. Przekonałem się o tym, gdy na muldzie mój Roverek wpadł w poślizg i przez chwilę sunąłem bez kontroli nad pojazdem w pozycji "pół-bokiem". Tu ABS znów niewątpliwie uratował nasze autko i nasze zdrowie. Dzięki niemu udało się wyprowadzić samochód z niekontrolowanego poślizgu i uniknąć lądowania na barierce. Prędkość nie była duża (jakieś 70-80 km/h), ale szkody mogły by być znaczne.
Po opuszczeniu A4 czekała mnie jeszcze jazda obwodnicą wokół Krakowa i Zakopianka.
Obwodnica była zakopana. Jeden raz prawie wylądowałem w zaspie, gdyż na jednym z fragmentów odśnieżony był tylko jeden pas i to w dodatku nie konkretny pas, ale taki tunel pośrodku obydwu pasów. Cudem wyhamowałem przed zaspą (ABS znów się przydał) i wturlałem się pomiędzy kopki śniegu. Później było już spokojniej, ale nadal daleko poza dopuszczalną normą.
Po zjeździe na Zakopiankę nie było już tak źle. Wprawdzie śnieg bardzo sypał i widoczność była mocno ograniczona, ale przynajmniej na drodze nie było lodu, tylko w miarę przyczepny, jak na zimowe warunki, świeży śnieg. Dojechaliśmy wkrótce do Myślenic, gdzie zaspy były już bardzo konkretne. Chwila jazdy na dwójce i po chwili zaparkowałem pod domem.
Była 22.30. Mieliśmy za sobą 8,5 godziny jazdy w ciężkich warunkach, ale Roverek spisał się wyśmienicie ratując nas niejednokrotnie z opresji i ogrzewając nasze ciała gdy na zewnątrz panował mróz. Po zatrzymaniu się pod domem, postanowiłem zrobić kilka zdjęć, bo takie wydarzenie trzeba uwiecznić. Poniżej macie te trzy zdjęcia. Życzę wszystkim, aby nie musieli borykać się nigdy z takimi warunkami jazdy podczas swojej przygody z Roverkami.
|
|
|
Pozdrawiam,
Rafał P.
Rudy Rover 600
Komentarze (6)
No to miales troche przygod :-).
Ale jak na taka pogode to chyba troche za szybko jechaliscie takie jest moje zdanie w taka pogode to 70-80 to maks a jak sie wymijam z samochodami z przeciwka to 40-50. No moze gdybyscie jechali wolniej to dojechalibyscie za dwa dni :-). Jednak ostroznosci nigdy za wiele.
Pozdrawiam
Dodaj komentarz