PASJA. TRADYCJA. SPOŁECZNOŚĆ.

Największy w Polsce klub fanów samochodów Rover i MG

DOŁĄCZ DO KLUBOWICZÓW
arrow_back Inne

Siedmiogodzinna podróż z Warszawy do Katowic

O tym jak podróż mająca trwać trzy godziny przekształciła się w siedmiogodzinną drogę z przygodami po drogach i leśnych traktach

Środa, 29 maja 2002 - Podróż do Spodka na Ozzfest 2002 (Slayer, Tool Ozzy Osbourne)

Nerwówka przedwyjazdowa

W poniedziałek mój Roverek dał mi popalić. Byłem na mieście, kiedy przypomniało mi się, że właśnie za pół godziny przychodzi rachmistrz, a ludzie, którzy wynajmują nam mieszkanie nie mają kluczy. Więc szybko w autko i w drogę. Miałem zajechać na stację, ale czasu nie było, więc pomyślałem "A niech tam, dojadę". Niestety paliwa brakło na środku skrzyżowania. Wsiadłem więc w autobus, podjechałem na najbliższą stację, kupiłem wodę destylowaną i po wylaniu zatankowałem w kanisterek po niej 5 litrów benzyny. Po pół godziny znów byłem przy samochodzie. Niestety po wlaniu paliwa do baku auto odpalić już nie chciało. Jakby tego było mało padła mi komórka i nie miałem jak powiadomić Magdę co się dzieje. Cała historia zakończyła się holowaniem auta pod blok i wyładowaniem akumulatora. We wtorek rozpacz: jutro wyjazd, z pracy nie ma jak się zerwać, co będzie jeśli to coś poważnego? Na szczęście życie ratuje klubowy kolega Wiktor, który wieczorem przybywa z dwudziestolitrowym kanistrem benzyny i kablami do akumulatora. Wlewamy benzynę, odpalamy i wszystko gra! Przy okazji, dzięki ciemnościom odkrywamy, że przewody wysokiego napięcia mają przebicie, więc w środę rano dzwonię i jeżdżę gdzie to tylko możliwe by je kupić i uchronić się od kolejnych niespodzianek. Niestety, jak na złość nigdzie przewodów do Rovera akurat nie mają.

Wyjazd z Warszawy

Plan jest następujący: na koncert zaczynają wpuszczać od 17.00, więc z domu wyjeżdżamy o drugiej, zabieramy Iwonę i Grześka z Pragi, po drodze wpadamy do Tomaszowa do moich rodziców i przed szóstą meldujemy się pod Spodkiem. Niestety, już sam wyjazd z Warszawy zajmuje nam ponad godzinę, 50 km za Warszawą zaczyna lać i dopiero po czwartej jesteśmy w Tomaszowie. Tam robimy półgodzinną przerwę na kawałek ciasta i herbatę i w dalszą drogę. Tłumaczymy sobie, że na pewno jako pierwszy zagra jakiś polski zespół, więc niewiele stracimy.

Camel Trophy przez lasy

Po przejechaniu zaledwie 25 kilometrów kolejna przykra niespodzianka: przed Polichnem (jakieś 15 km przed Piotrkowem) korek po horyzont. Cały czas leje. Dziewczyny łapią doła, ale w końcu dochodzimy do wniosku, że na Slayera możemy się trochę spóźnić. 20 minut zajmuje nam dojazd do Polichna i postanawiamy zmienić trasę. Skręcamy w lewo, z zamiarem dojechania do Piotrkowa i przejechania przez miasto zamiast obwodnicą. W ten sposób na pewno ominiemy korek. Po dwóch kilometrach asfalt zmienia się w żużel, zatrzymujemy się więc i pytamy o drogę, by nie pobłądzić w lasach. Życzliwy "tubylec" opisuje nam dojazd ( raz w lewo, dwa razy w prawo i jesteście w Piotrkowie) i ruszamy dalej. Po kilku kilometrach przed nami ogromna kałuża. Przejeżdżamy przez nią ze wstrzymanym oddechem. Podobnie przez drugą i gdy szykujemy się do pokonania kolejnej na nieszczęście, a może i na szczęście, silnik gaśnie. Ja jako jedyny nie tracę zimnej krwi i, pamiętając o słabym po przedwczorajszych przebojach akumulatorze, postanawiam odczekać 15 minut, aż wszystko wyschnie. Robimy przerwę na papierosa. Na szczęście silnik za czwartym razem odpala, a my postanawiamy nie jechać dalej, zawracamy. Grzesiek przeprowadza mnie z powrotem prze dwie ogromne kałuże i jesteśmy uratowani. Wracając dostrzegamy między drzewami trasę Warszawa - Katowice, więc zamiast wracać do Polichna udaje nam się wjechać na nią kilka kilometrów za zjazdem. W ten sposób skarceni za próbę "oszustwa", zajmujemy grzecznie miejsce w korku. Pół godziny później mijamy zwaloną w rów przyczepę TIRa i wreszcie jedziemy z normalną prędkością. Tylko że jest już szósta a przed nami ponad 150 kilometrów jazdy.

Najniebezpieczniejsze miejsce w Polsce

Wydaje się, że już nic się nie może stać. Wprawdzie cały czas pada i jedziemy około 100 km/h, ale humory się poprawiają. Mijamy Częstochowę, a mi przypomina się artykuł w jednym z magazynów "GW" na temat okolic Siewierza, gdzie wiele osób otrzymuje się z odholowywania wraków samochodów po wypadkach. Podobno to najbardziej niebezpieczny odcinek drogi w Polsce. I rzeczywiście przed i za Siewierzem znów dwa potężne korki, tyle że na szczęście nie z powodu wypadków, a remontu dwóch małych mostów. Tracimy więc znów prawie pół godzinę. W chwili gdy zjeżdżamy ze zwężenia na swój pas, w odległości kilku metrów zauważam ogromną wyrwę w nawierzchni. Jest za późno na jakąkolwiek reakcję i mamy kolejną "przygodę": strzela koło. We dwóch z Grześkiem załatwiamy sprawę w 5 minut, ale okazuje się, że w zapasówce jest niewiele powietrza. Wleczemy się więc 50 na godzinę do najbliższej stacji. Jest po ósmej. Dopompowujemy koło, kupujemy po kanapce i ruszamy w dalszą drogę. Do celu mamy niecałe 50 kilometrów. Jestem cały mokry, spocony i brudny.

To już koniec atrakcji na dziś

Docieramy na miejsce kilka minut po dziewiątej. Od bramkarzy dowiadujemy się, że Slayer skończył ponad godzinę temu, a Tool właśnie bisuje. Został więc tylko wariat Ozzy. O dobrych miejscach oczywiście nie ma co marzyć, wdrapujemy się więc niemal pod sam dach na miejsca siedzące. Trzeba przecież odpocząć po jeździe. Ja cały czas z obawą myślę o drodze powrotnej. Koncert kończy się o 23.30 i ruszamy w drogę powrotną, na szczęście w międzyczasie przestało lać. Po drodze jeszcze miły akcent. Zatrzymujemy się na stacji w feralnym Siewierzu, a tam biała 600tka na litewskich numerach i pięknych, szprychowych alufelgach. Patrzę na opony: 215/45 R17. Do Warszawy docieramy planowo przed trzecią rano, padamy ze zmęczenia. Jazda do Katowic zajęła nam siedem godzin, a z powrotem trzy i pół.

KMalin 416 Si Sedan 97'

Komentarze (2)

01.06.2002 23:03
Współczuję, czasem trafiają się takie dziwne dni, gdy nic nie idzie po naszej myśli. Na szczęście samochód spisał się dobrze i nie robił psikusów, a większość problemów to wina wspaniałej, polskiej infrastruktury drogowej. Nic tylko podróżować ...

Cieszę się, że napisałeś jako pierwszy do nowej kategorii. Ubiegłeś mnie o ułamek sekundy, bo jak już skończyłem wreszcie pisać moją relację z Chorwacji, zobaczyłem, że jest Twój artykuł i wypada go zaakceptować :) Dziękuję za artykuł!

A wszystkich zachęcam do opisywania swoich przygód podczas podróży Roverkiem. Takie artykuły są niekiedy o wiele ciekawsze od kolejnych technicznych opisów, które w sobotnie wieczory nie za bardzo chce się czytać :)

Rafaellop Rudy Rover 600
AndrewS 02.06.2002 14:39
a o czesci do tego silnika warto pytac takze w daewoo-fso wystarczy np. powiedziec przewody zaplonowe do poldka 1.4

a opis fajny bardzo przyjemnie sie go czytalo :-)

Dodaj komentarz