PASJA. TRADYCJA. SPOŁECZNOŚĆ.

Największy w Polsce klub fanów samochodów Rover i MG

DOŁĄCZ DO KLUBOWICZÓW
arrow_back Inne

Do Chorwacji Roverkiem

Korzystając z okazji, że mamy nowy dział artykułów postaram się opisać wrażenia z podróży do Chorwacji. Być może ktoś skorzysta z moich doświadczeń na tej trasie i wybierze się swoim Roverkiem na równie udany urlop :)

Przy okazji również zachęcam wszystkich klubowiczów do opisywania, nawet krótko wrażeń ze swoich podróży czy tras, które odbywają. Jeśli byliście w jakimś ciekawym miejscu, chcielibyście opisać swój pobyt czy sposób dojazdu, zapraszam. Ta kategoria została właśnie po to stworzona.

 

Jak do tego doszło

Zmęczony zimą rzuciłem na grupach dyskusyjnych hasło, że chętnie wybrałbym się gdzieś na wycieczkę. Myślałem o polskim morzu, ale jakoś nikt nie był chętny się tam przejechać w kompanii. Jednocześnie rzuciłem propozycją Chorwacji, jako alternatywy nie licząc nawet, że będzie jakiś odzew. Okazało się jednak, że Jurgen, świeżo upieczony właściciel licencji zezwalającej na nurkowanie, wybiera się na zakończenie kursu właśnie na Chorwację! Szybko dogadaliśmy się i już po kilku dniach miałem zagwarantowany tygodniowy pobyt i częściowe wyżywienie! Super! Kurs płetwonurkowy miał mieć swój finał w dniach 26 kwiecień - 4 maja 2002 w miejscowości Biograd na Moru na Chorwacji.

Wyruszamy

Uzgodniliśmy z Jurgenem, że spotkamy się w Cieszynie. Chociaż rozważałem trasę przez Słowację i Węgry, za namową Anety zdecydowałem, że w dwa autka będzie raźniej i pojedziemy trasą Czechy-Austria-Słowenia-Chorwacja. Poza tym trasa słowacko-węgierska, to w większości drogi dwukierunkowe podczas gdy trasa przez Cieszyn, to w zasadzie same autostrady. Wyjechaliśmy ok. 14.30. Wiem, że to dość późno jak na podróż, ale Jurek jechał z Płocka i ok. 16-tej miał być w Cieszynie.

Cieszyn i rozłąka

Spotkaliśmy się przed granicą w Cieszynie. Postanowiłem jeszcze przed przejściem granicy uzupełnić paliwo w swoim "bolidzie". Niedaleko granicy jest stacja benzynowa z dość dobrze wyposażonym sklepem, więc jeśli coś by się ewentualnie zapomniało, można zakupić na miejscu po tankowaniu. Ja zapomniałem maszynki do golenia :)

Przejście granicy w Cieszynie odbyło się szybko i sprawnie. Zaraz za granicą zatrzymaliśmy się, aby zakupić winietki na czeskie i austriackie drogi. Zachęcam do zrobienia tego, bowiem później mogą z tym być kłopoty. Komplet winietek na Czechy i Austrię kosztuje ok. 50 PLN w budce za przejściem i wystarcza na 10 dni. Winietki na dłuższy okres czasu są droższe. Warto również wyposażyć się w "PELKĘ". Mnie już raz nie chciano wpuścić za granicę z powodu jej braku i pomogła zgrzewka piwa ;) Tym razem z nalepką byłem spokojny, że te dwie zgrzewki w bagażniku przydadzą się na inne okazje ;> Wszystkie te szpecące nalepki można łatwo odkleić po powrocie, więc spokojna głowa.

Niestety robiło się coraz później, a przed nami jeszcze z 1000 km. Pogadałem z Jurgenem i doszedłem do wniosku, że skoro ich jest dwóch kierowców w jednym aucie, a ja jadę sam, to lepiej będzie jak prześpię się w Czechach i ruszę o 5-tej rano ze świeżym umysłem. Rozłączyliśmy się zatem, a ja pognałem w Czechy, aby zrobić jeszcze parę kilometrów przed zmierzchem.

Czechy

Drogi w Czechach, za wyjątkiem jednej wrednej dziury na początku, mile mnie zaskoczyły. Wprawdzie nie jest to super równa nawierzchnia, ale przynajmniej nie jest krzywa jak polskie drogi i dziur raczej nie ma. Narzekać można jedynie na głośność betonowej nawierzchni często składającej się z płyt.

Obraliśmy trasę na Wiedeń przez Ołomuńc Brno. Krążą legendy o czeskich policjantach, że są bardzo cięci na polaków. W każdym razie mi udało się tego nie sprawdzać na własnej skórze. Przez całe Czechy przemknąłem bardzo szybko korzystając z usług "zajęcy", czyli samochodów, które jadą w dość szybko, są dla mnie czujką na policję, dziury i zakręty. Trzymam się w odległości ok 100-00 m od takiego delikwenta i cały czas mogę utrzymywać dużą prędkość jednocześnie mając jakieś tam pojęcie o czekających mnie na nieznanej trasie niebezpieczeństwach drogowych. Wprawdzie zaskoczyć może nieoznakowany radiowóz nadjeżdżający od tyłu, ale od czego gały :) Ze 160 km/h można szybko zwolnić do przepisowych 130 km/h, a z prędkością 160 km/h podróżuje się dość szybko.

Jadąc autostradą do Ołomuńca naszym pilotem był jakiś starszy model Jaguara. Co ciekawe, w pierwszym momencie wydawało mi się, że kieruje pies ;> Siedział on na siedzeniu pasażera i w pierwszej chwili naprawdę miałem wrażenie, że mam omamy. Szybko jednak nadeszło olśnienie - kierownica po prawej stronie - no tak anglik. I faktycznie, fajnie zasuwał tym Jaguarkiem, więc drogi szybko ubywało. Piesek skakał z przednich na tylne fotele, a nie był to byle jaki piesek, tylko duży wilczur. Bardzo lubił wystawiać głowę przy 140 km/h co uwieczniliśmy na zdjęciu :) Niestety przed Ołomuńcem autostrada jest bodajże w budowie i musieliśmy kluczyć jakimiś uliczkami, aby ominąć objazd. Udało się... Wkrótce byliśmy znowu na autostradzie do Brna.

Do Brna zawitaliśmy nocą. Miasto z perspektywy autostrady nie wygląda interesujące - tak jak każde. Postanowiłem jednak stanąć na chwilkę, bowiem naszła mnie potrzeba wyjścia za potrzebą ;> Wybraliśmy stację benzynową z dużym parkingiem. Jeśli ktoś lubi biwaki, to może się tam ewentualnie przespać. Parking zawalony jest wozami kempingowymi, w których śpią podróżnicy. Można spokojnie uwić sobie gniazdko gdzieś między nimi. A propos potrzeby, dobrze, że w Polsce kupiłem sobie parę czeskich koron. Toaleta była płatna, a bankomat wydałby pewnie jakieś grube pieniądze o ile w ogóle tam był. Jeśli planujecie sikać w Czechach, to warto wziąć parę ich pieniążków. Pani klozetowa wzięła mnie chyba za swojaka ;> Najpierw nauczony na Arabelli "Dobry den", potem "Prosim", "Dekuju" i "Na skledanu", hehe. A zapomniałem napisać, że jak kluczyliśmy po akapit wyżej po Ołomuńcu to pytałem o drogę i do przygodnie spotkanego Czecha wypaliłem pod otworzeniu szyby "Na skledanu" żegnając się z nim zanim jeszcze dowiedziałem się cokolwiek o drogę ;> To dlatego z babcią poszło mi raźniej.

Po chwilowym postoju na stacji, kilku smsach do domu i do Jurka, ruszyliśmy dalej. Zaraz za zjazdem z parkingu spotkała mnie miła niespodzianka. Przy włączaniu się do ruchu wyprzedził mnie autobus z Polski. Pomrugał nawet awaryjnymi, a gdy podjechałem bliżej okazało się, że jest z Myślenic - tak jak ja - świat jest mały :) A propos tego mrugania awaryjnymi, to mam złe doświadczenia z Polakami. Aż do samej Chorwacji spotykając jakiekolwiek auto z polskimi blachami po wyprzedzeniu mrugałem awaryjnymi. Nie wiem czy nie kapowali, że to pozdrowienie rodaka daleko od domu, czy może tacy ślepi, w każdym razie mam już dość pozdrowień. Jednak jak pomrugałem wiśniowemu Roverkowi 600 na austriackich blachach to mi odmrugał długimi :-) To miłe! Za Brnem nadal autostrada (droga szybkiego ruchu) aż do granicy. Nigdzie policji, cisza i spokój.

Zbliżała się 20-ta. Pasowało by się rozglądnąć za spankiem. Postanowiliśmy przenocować w miejscowości Mikulov na granicy czesko-austriackiej. Miejscowość przygraniczna, pełna żołnierzy WOP oraz różowych Night Klubów. Dziwne, bowiem o tej porze roku wydawało by się, że można łatwo znaleźć nocleg, a wszystko było zajęte. Zwiedziliśmy prawie całe miasteczko, aby w końcu trafić prawie do miejsca, w którym do niego wjechaliśmy. Tam znaleźliśmy jakiś obskurny z zewnątrz pensjonacik, który okazał się w środku prawie pałacem :> Za 20 Euro dostaliśmy super pomieszczenie z osobną kuchnią, łazienką i sypialnią, w którym było wszystko. Załapałem się nawet na Gwiezdne Wojny w czeskim języku, przy których miałem niezły ubaw :) Polecam z czystym sercem ten pensjonat, jeśli chcielibyście przenocować na granicy: Apartman "U Slunićka", Jan Vitek, ul. Brnenska 36, Mikulov na Mor. tel. 0042/0/625/511960, gsm: 0723/182931, WWW: http://www.volny.cz/u.slunicka/. Plan na następny dzień był następujący, wstajemy o 5-tej, kąpiel, pakowanie i w trasę.

Austria

Zgodnie z planem wstaliśmy ok 5 rano. Niestety rozpadało się. Jak się okazało później, deszcz towarzyszył na będzie aż do samej Chorwacji, na miejsce naszego przyjazdu.

Granicę czesko-austriacką przekroczyliśmy szybko i sprawnie. Słyszeliśmy opowieści o nieprzychylnych Polakom celnikach na tym przejściu, ale nic takiego nie mogę potwierdzić. Może to z racji tego, że jechaliśmy Roverkiem ;) Warto jeszcze w tym momencie przestrzec przed cenami paliwa w Austrii. Są najwyższe na całej trasie. Najlepiej zatankować przed wjazdem do Austrii, jeszcze w Czechach, ale my nie musieliśmy - mamy dieselka :) Aktualne ceny paliwa w różnych Państwach można znaleźć na stronach PZM.

Aby dostać się na przejście słoweńsko-austriackie konieczne było obranie trasy przez miasta Wiedeń i Graz. Trasa jest wyjątkowo prosta i w miarę przyjemna. Najpierw do Wiednia podróż przez małe miasteczka i droga dwukierunkowa. W miasteczkach warto pamiętać, że światła na skrzyżowaniach w Austrii działają odrobinę inaczej. Przed zmianą z zielonego na żółte, zielony sygnał zaczyna mrugać, a na żółtym nie można już przejeżdżać.

Wiednia nie ma się co obawiać. Trzeba tylko patrzeć po znakach kierując się na Graz lub Słowenię. Droga jest szeroka (trzy pasy) i dobra. W zasadzie nie ma postojów, więc przez Wiedeń szybko się przemyka. Niestety tutaj muszę wspomnieć o niemiłej przygodzie naszych sąsiadów z Chorwacji. Postanowili oni w drodze do Biogradu zwiedzić Wiedeń (nota bene, również jechali Roverkiem - 216 5dr kanciak). Będąc w centrum i stojąc na czerwonym świetle na skrzyżowaniu dostali strzała w tył od pijanego, austriackiego kierowcy. W tych okolicznościach ujawnił się nieprzyjemny stosunek austriackiej policji do Polaków. Mimo, że kierowca był pijany, policja tylko spisała dane i pojechała mówiąc, że ich to wszystko mało obchodzi (!).

Austria to w zasadzie cały czas autostrada. Zaczyna się od Wiednia i ciągnie się aż do granicy słoweńskiej. Jadąc autostradą należy kierować się na Graz, a później na słoweńskie miasto Maribor. Autostrada ma taką sobie nawierzchnię - rozczarowałem się trochę krajem EU - ale ma za to 3 pasy i ciężarówki nie utrudniają ruchu. Ograniczenie prędkości w Austrii na autostradzie to 130 km/h, ale wszyscy jadą jakoś szybciej ;) Z początku bałem się trochę bardzo wysokich mandatów w Austrii, ale znajdując sobie od czasu do czasu pilota w zasadzie po utrudnieniach budowlanych za Wiedniem ciąłem już cały czas 160 km/h. Niestety padał bardzo ulewny deszcz i jazda nie należała do przyjemnych. Na tej pogodzie bardzo dobrze spisały się nowe oponki Continental Premium Contact zaprojektowane specjalnie na deszcz i o wysokim współczynniku radzenia sobie ze zjawiskiem aquaplaningu. Na autostradzie często znajdują się parkingi, gdzie można się wysikać na ścianę ;> Jednak na tak szerokiej drodze, chce się jechać, a droga szybko ubywa, więc już niebawem byliśmy pod Graz i niewiele później na granicy słoweńsko-austriackiej. Także i tutaj odprawa byłaby szybka, gdyby nie dość duża kolejka (ok. 20 min czekania). Po odczekaniu ograniczyła się jedynie do machnięcia paszportami przed oczami celników.

Słowenia

Zaraz za granicą słoweńską znajduje się bramka na autostradzie, gdzie należy uiścić opłatę drogową. Najlepiej mieć ze sobą drobne EURO, bowiem pracownicy bramki mają zwyczaj wydawać w słoweńskiej walucie, a ta przypomina czas sprzed polskiej denominacji - stos papierków o bardzo małej wartości. Zaraz za bramką jest stacja benzynowa i przyjemna restauracja, gdzie można względnie tanio zjeść i napić się kawy czy herbaty. CO do herbaty, to od tej pory można zapomnieć o "polskiej" herbacie. I na Słowenii i na Chorwacji nie udało się nam w żadnej knajpce kupić niczego innego niż owocowy napój przypominający herbatę. Ja tego akurat nie cierpię.

Przejazd przez Słowenię był szybki mimo, że autostrada kończy się jakieś 2 km za granicą po opłaceniu opłaty :-] Przez cały czas jedzie się zwykłą dwukierunkową drogą. Miłe natomiast jest to, że po Słowenii jeździ sporo Roverów. Udało nam się uświadczyć dwa razy 75 oraz salon Rovera :) Nie dziwne, bowiem Słowenia należy do najbogatszych Państw byłej Jugosławii.

Chorwacja

Jadąc przez Słowenię nie wiadomo kiedy mija się bramkę odprawy celnej na granicy słoweńsko-chorwackiej. Łatwo ją poznacie, bo zaraz przed tym jest tunel :) Na Chorwackiej stronie granicy odprawa równie szybka jak wszędzie po drodze. Niestety nadal lało i byłem już trochę podenerwowany, że pogoda się nam nie uda. Wspomnę jeszcze o sklepie wolnocłowym na przejściu słoweńsko-chorwackim. Nie ma tam po co iść. Ceny są jak w normalnym sklepie. O wiele ciekawiej jest w Czechach, ale o tym przy opisie drogi powrotnej.

Na terenie chorwackim kierowaliśmy się na Zagrzeb. Jechaliśmy bowiem do środkowej Dalmacji, a ta droga jest najwygodniejsza. W Chorwacji również obowiązują opłaty za autostrady. Nie są wygórowane. Parę złotych (ok. 10 na polskie) i można przejechać cały kraj. Przypomniałem sobie wtedy opłatę za ten marny 60 km odcinek A4 po Krakowem... Bramek jest po drodze kilka. Można płacić w Euro, chociaż oczywiście korzystniej wyjdzie opłata w walucie lokalnej, czyli Kunach. Autostrady w Chorwacji są pierwsza klasa! Najlepsze spośród tych po drodze, chociaż nie trzypasmowe. To właśnie pod Zagrzebiem tyle, że w drodze powrotnej nagrałem filmik 200 km/h :)

Mając na względzie docelowe miejsce naszego pobytu, kierowaliśmy się z Zagrzebia na Karlovac, a następnie przez Plitwice do Zadaru. Od Karlovaca zaczyna się dwukierunkowa droga, niezbyt przyjemna, dość Pozostałości po wojniezatłoczona i prowadząca coraz bardziej w góry. W Karlovacu można zaobserwować pierwsze pozostałości po ostatniej wojnie. Liczne opuszczone domy, czy jeszcze nie do końca odnowione budynki, całe w zatynkowanych dziurach po pociskach. Nie jest to zbyt przyjemny widok, ale po pewnym czasie można się przyzwyczaić. W Chorwacji nadal nie zaleca się schodzenia z głównych dróg. Zwłaszcza w małych miejscowościach. Zalecenia te związane są z obecnymi nadal w nieuczęszczanym terenie minami, które pozostały po wojnie. Jeśli więc siusiu to najlepiej na stacji benzynowej. Stacje nie wyglądają za dobrze, ale paliwo jest w porządku. Przynajmniej Euro diesel, którego tankowałem jeszcze kilka razy na Chorwacji jest bardzo dobry.

Górskie, kręte drogiDroga do Zadaru jest bardzo malownicza. W Plitwicach (po drodze) jest wspaniały park jezior kaskadowych, na który warto przeznaczyć cały dzień i pieszo zwiedzić wszystkie jeziora kończąc wycieczkę pod monumentalnym wielkim wodospadem. Przed Zadarem wjeżdża się w wysokie góry i podróżując serpentynami po zboczu góry nad ponad kilometrową przepaścią można się poczuć jak na rajdzie Monaco :) Niestety my mieliśmy akurat ulewę i gęstą mgłę, więc nie było co podziwiać, ale przy lepszej pogodzie jest naprawdę na co popatrzeć. Zresztą kilka fotek jest w mojej galerii.

Po przejechaniu gór już tylko godzinka drogi do morza i wreszcie wynurza się zza wzniesienia. Ach jak pięknie! Wielka zatoka, łódki, wysepki. Mniam. Kierując się na południe do Biogradu przejeżdżamy przez Zadar i jedziemy tzw. magistralą adriatycką, czyli drogą prowadzącą cały czas kilka metrów od morza. Wspaniale się jeździ po takiej okolicy. Droga jest bardzo dobra, a samochód sprawuje się wyśmienicie. Niestety ciągle leje :( Około 20-tej jesteśmy na miejscu, w Biogradzie.

Chorwacja - miejsca godne polecenia

Chorwacja to duży kraj. Trudno w kilka dni zwiedzić wszystkie atrakcje, które oferuje. My postanowiliśmy zwiedzić te ciekawe miejsca, które znajdowały się w promilu do 200 km od naszego mieszkania. Oczywiście musieliśmy się do tego trochę zmuszać, bo wspaniała pogoda, która przywitała nas o poranku, zachęcała raczej do kąpieli słonecznych niż do podróży, ale żadna z naszych wycieczek nie mogła być żałowana. Oto kilka miejsc, które polecamy:

Wycieczka 1 - Szybenik i park Krka

Panorama na SzybenikSzybenik to niewielkie, ale za to najstarsze miasto rdzennie Chorwackie. W dawnych czasach również siedlisko piratów. Z racji tego lokalizacja miasta jest bardzo atrakcyjna. Położone w zatoczce i na zboczu góry, o bardzo weneckiej zabudowie, miejscowość jest wprost urocza i bardzo romantyczna. Liczne kafejki i zabytki zachęcają do odpoczynku i zwiedzania. Polecam zwłaszcza wizytę w forcie, w porcie i katedrze. Szybenik znajduje się ok 30 km na południe od Biogradu.

Panorama na rozlewisko rzeki KrkaPark Krka, to rozlewisko rzeki Krka, która żłobiąc wapienne skały przez tysiące lat, stworzyła wspaniałe jeziora i system wielu wodospadów, których urok pozostaje na długo w pamięci. Wjazd do parku kosztuje ok 20 zł od osoby, ale warto! Zdecydowanie warto. Dojazd jest piękny, a samo zwiedzanie wspaniale zorganizowane w postaci ciągu kładek, które ułożone nad wodą, w gąszczu roślinności, pozwalają zwiedzić całe rozlewisko i wszystkie wodospady. Jeden z filmów mojego Roverka (Roverek na zakręcie) został zrobiony właśnie w parku Krka. Dojazd do parku jest prosty. Zaraz za Szybenikiem trzeba skręcić na wschód, w stronę lądu, a później już prowadzą drogowskazy.

Wycieczka 2 - Jeziora Plitwickie

Ten rezerwat wpisany jest na listę światowego dziedzictwa przyrody UNESCO. I doprawdy wpis ten jest jak najbardziej zasłużony. Park Jezior Plitwickich to około 11 jezior kaskadowych, położonych na różnych poziomach. Jeziora położone wyżej spływają do niższych tworząc wspaniałe wodospady. Woda w jeziorach jest niebywale czysta, nie ma żadnych glonów, a rybki pływają tak blisko, że wydaje się, jakby można je było złapać. Zwiedzanie parku jest bardzo dobrze zorganizowane, podobnie jak parku Krka. Cały park najlepiej zwiedzać piechotą począwszy od wejścia nr 2. Kolejka zawozi turystów na początek trasy i stamtąd, poruszając się wygodnymi kładkami, zwiedza się poszczególne jeziora schodząc w dół. Spacer jest dość długi, bo ok 3 godzinny, ale absolutnie nie nużący. Różnorodność krajobrazów rekompensuje wysiłek chodzenia, a znajdujący się na samym końcu, robiący piorunujące wrażenie wielki wodospad, jest ukoronowaniem wrażeń z wycieczki. Bardzo polecam. Jeziora Plitwickie znajdują się mniej więcej w połowie drogi między Zagrzebiem a Zadarem. Od nas z Biogradu było tam ok 160 km. Bilet wejściowy to ok 35 zł.

Wycieczka 3 - Podróż do parku Kornati

Tym razem samochód został pod naszym apartamentem, bowiem ta wycieczka, to wycieczka morska. Zabraliśmy się na nią statkiem wraz ze znajomymi nurkami, którzy jechali oglądać krajobrazy podwodne. My natomiast, szczury lądowe, mieliśmy okazję podziwiać wspaniałe wysepki i samotne hacjendy w malutkich portach na całej trasie. Wycieczka ta jest atrakcyjna również dlatego, że można w jej trakcie spotkać Delfiny na wolności. Nam również się to udało. To wspaniałe przeżycie zobaczyć to zwierzę na wolności. Park Kornati znajduje się na samym końcu wycieczki, a zanim jest już tylko otwarte morze. Miejsce to jest parkiem ze względu na urok Roverek dojechał aż tak dalekoi bogactwo życia podwodnego. Na powierzchni znajdują się liczne wyspy oraz sporo ptactwa. Kiedy nasi znajomi zanurzali się podziwiać piękno podwodnego świata, my z Anetą wdrapaliśmy się na daszek statku i tam zażywaliśmy kąpieli słonecznych, a mówię Wam, nie ma to jak morski wiatr i słońce o słonym zapachu. Ja stoczyłem się z daszku, żeby sobie coś nagrać, a Aneta została nawet, gdy statek płynął. Zeszła dopiero, gdy szyper przygotował nam ucztę z grila (na statku!) oraz wino. Och, można było fajnie odpocząć :) Wycieczki do Kornati organizowane są także przez biura podróży, ale zdecydowanie ciekawiej jest zabrać się z jakąś ekipą czy klubem nurków jako osoby towarzyszące, bowiem jest zdecydowanie taniej, a przyjemność z powolnej wędrówki, łajbą o silniku motorowym, którą wszystko wyprzedza, jest o niebo ciekawsza niż szybka podróż statkiem wycieczkowym.Nas wycieczka kosztowała 100 zł od osoby.

Krewetki z grilla z Roverkiem w tleNa Chorwacji byliśmy tylko tydzień, więc więcej wycieczek nie było. Resztę czasu spędziliśmy na plaży i w restauracjach. Właśnie w Chorwacji udało mi się po raz pierwszy w życiu zjeść smaczną ośmiornicę po trzech próbach w Hiszpanii i na Krecie. Również inne frutti di mare są wyśmienite. Obrzydliwie wyglądające krewetki z grilla są wyśmienite w smaku, a również inne potrawy pozwalają dodatkowo poczuć klimat wakacji w ciepłych krajach. W dobrych restauracjach panuje zwyczaj częstowania klientów lokalną śliwowicą lub likierem (po zapłaceniu rachunku), a ta daje naprawdę niezłego kopa :)

Powrót z Chorwacji

Wschod nad góramiNiestety wszystko co miłe jak zwykle za szybko się kończy i nie obejrzeliśmy się kiedy już musieliśmy wracać. Wyruszyliśmy o 5tej rano z zamiarem dojechania na ok. 20 - 21szą do Polski. Wyjazd o tak wczesnej porze pozwolił nam przeżyć przepiękny wschód słońca w górach (te z serpentynami) - zdjęcie w galerii. Około 50 km przed Plitwicami zatankowałem do pełna Eurodiesla (Uwaga! na stacji nie honorowali karty Maestro, na szczęście była jeszcze Visa :). Jak się później okazało tankowanie starczyło nam do samej Polski :) Pod Zagrzebiem nagrałem znany Wam już film z jazdy prędkością 200 km/h. Jechaliśmy tą samą trasą więc nie ma co opisywać. Chorwacja i Słowenia szybko nam minęły.

Powrót przez Austrię i Czechy

Na parkingu w AustriiTym razem na granicy słoweńsko-austriackiej, słoweński celnik poprosił o otwarcie bagażnika. Nie grzebał, tylko spojrzał badawczo i pozwolił jechać. Austriacy nie robili natomiast żadnych problemów. Miodzik. Droga mijała szybko. Z racji wyśmienitej pogody, klima przydawała się bardzo, a jechać można było nawet i pod 180 km/h jak się znalazł dobry pilot :) Wkrótce wpadliśmy do Wiednia i tam kierując się na Brno upatrzyłem Rovera 75, którego postanowiłem sfilmować. Tak się skupiłem na filmowaniu (film w galerii Rovera 75), że przeoczyłem zjazd na Bratysławę. Nie ma jednak tego złego ... :) W związku z pomyłką wytyczyłem sobie nową trasę zamiast przez przejście Mikulov, przejeżdżaliśmy przez Znojmo. Za Znojmo skrót na Brno i jak się później okazało, odległościowo wyszło na to samo, ale mieliśmy okazję w Znojmo poznać urok sklepów wolnocłowych. Co prawda, na granicy była wyjątkowo duża kolejka, ale jak już przejechaliśmy, to atrakcje strefy bezcłowej zrekompensowały pomyłkę i oczekiwanie. Najpierw zaraz za przejściem austriackim znajduje się restauracja i sklep wolnocłowy. W restauracji zjedliśmy ogromną pizzę za uwaga... 7 zł. Sklep wolnocłowy lepiej jednak sobie odpuścić. Z racji lokalizacji zaraz za granicą jest niemożliwie oblegany, a kilkaset metrów dalej są dwa następne! Dużo lepiej wyposażone i przede wszystkim puste. A ceny, to prawdziwy raj. Przede wszystkim kosmetyki, alkohole i tytoń. Właśnie tam zakupiliśmy prezenty dla najbliższych :)

Trasa przez Czechy była spokojna. Jechało się szybko i wygodnie. Trzeba tylko uważać przed Ołomuńcem. Autostrada wpada tam w miasto, a w mieście są ograniczenia prędkości. Stąd też nierzadko można spotkać chłopców radarowców. To znaczy tak naprawdę, "lornetkowców", hehe. Pierwszy raz coś takiego widziałem, żeby policja stała nie z radarem, a z lornetką. Jeden mundurowy na krzesełku wypatrywał w lornetce kto szybko zasuwa, albo kto nie ma winietek na szybie. Uważać trzeba też w Cieszynie, gdzie będąc zmęczonym po całej trasie, łatwo można się rozluźnić, a policja czyha na nadmierną prędkość w mieście. Złapali znajomego i 150 zł mandatu za przekroczenie prędkości w terenie zabudowanym.

Znowu w Polsce

Około 20-tej byliśmy w Cieszynie. Kolejka nie była duża i szybko się posuwała. Jednak obsługa była nerwowa. Celnik spytał nas co przewozimy, więc szybko wypaliłem: "2 litry wódki, 2 wina, koniak i 5 piw". Popatrzył tylko zdziwiony i machnął ręką i tak o to byliśmy znów w Polsce. A tutaj nic się nie zmieniło. Od razu za Cieszynem na drodze do Krakowa przez Bielsko ciemności na drodze, wąskie dwukierunkowe ulice, wyboje i co najmniej przyjemne nierówna nawierzchnia i dziury. Echh... aż się nie chciało wracać :( Biedne autko.

Na miejsce dotarliśmy około 22-giej. Wysiadłem z samochodu i ze zdziwieniem nawet nie byłem zmęczony tak długotrwałym siedzeniem. Znalazłem wreszcie wyśmienitą pozycję za kierownicą, która pozwala mi podróżować na długich trasach bardzo wygodnie. Dlatego właśnie jeśli ktoś wsiada do mnie za kółko nie pozwalam mu dotykać regulacji siedzeń :) A siedzenia spisały się wyśmienicie. Również i samochód, który na całej trasie ani razu nie zawiódł. Wiózł nas szybko i wygodnie, chłodził w upale i ogrzewał w chłodzie. Niestety kilka razy podczas pobytu wspomniałem o sprzedaży i mi się skurczybyk odwdzięczył na drugi dzień. Wsiadłem sobie w autko żeby pojechać coś załatwić i pierwsze co widzę, to prędkość równa 0. Szlag trafił prędkościomierz :( Do tej pory nie mam naprawionego, a jest już miesiąc po powrocie - nie mogłem dostać jednej części, ale już mam z Marco :) Druga sprawa, auto zaczęło się "bujać" na wolnych obrotach. Jak się później dowiedziałem stabilizator silnika albo poduszka(i). Nadal nie zrobione - trudno dostać części. Trzecia sprawa, która wyszła kolejnego dnia to klima. Pięknie działa, ale do czasu. Po około 20 minutach zaczyna być coraz cieplej i tak aż do wyłączenia silnika :( Byłem z tym problemem w serwisie od klimatyzacji w ostatni wtorek, ale zgłupieli. Jadę znowu w środę. Ech... Chyba już więcej nie pomyślę o sprzedaży mojego rudaska. I niech ktoś mi powie, że samochody nie mają duszy ...

Pozdrawiam,
Rafał (kierował i napisał) i Aneta (towarzyszyła i wspierała)
rafaellop Rudy Rover 600 (Kinversand)

Komentarze (0)

Brak komentarzy. Bądź pierwszy!

Dodaj komentarz